przez ithen » 13 Cze 2011, 22:39
To ja będę tym pierwszym.
Diablo: Początek
(historia własna)
Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd wziął swój początek Diablo? Wbrew pozorom i oczekiwaniom nie był on wieczny, tak jak Niebo czy Piekło. Jego stworzenie wymagało czasu i cierpliwej pracy, dopuszczenia się przeróżnych poświęceń i strasznych okropieństw, tym bardziej przerażających, gdyż działy się one wśród nas… Na oczach zwykłych ludzi.
Opowiem Wam historię początku Terroru, historię, z której nie zdawaliście sobie nawet sprawy.
Dawno, dawno temu, w świecie Sanktuarium, istniała mała wioska, Hardingham. Swój byt na uboczu Królestwa Izaaria zawdzięczała głównie pracy chłopów w polu oraz bogactwu ziół rosnących na okolicznych łąkach, których roślinność cieszyła się sporym powodzeniem w większych miastach. Otoczone pięknymi lasami i niewysokimi wzgórzami, sprawiało wrażenie cichego zakątka, którego spokoju nic nie mogło zakłócić.
Wkrótce, gdy władzę w Królestwie przejął Elezar, wszystko miało się zmienić.
*****
Aldon miał 10 lat. Był już dużym chłopcem, tak przynajmniej sam uważał. Urodził się w Hardingham, jak jego rodzice i dziadkowie, i podobnie jak oni, zamierzał spędzić tu całe swoje życie.
Wstępując w wiek lat siedmiu, usłyszał dziwny głos w swojej głowie. Jak gdyby ktoś szeptał do niego z dużej odległości. Nie był on jednak na tyle wyraźny, aby mógł go w pełni zrozumieć. Zaintrygowany chłopak zwierzył się swojej matce, Nessie. Zbyła go machnięciem ręki zapewniając, że tylko mu się wydaje. Aldon uznał, że matka pewnie ma rację, więc nie ma się czym przejmować. Jednak podszepty nie zniknęły. Chłopak po pewnym czasie zorientował się, iż głos mówi do niego tylko wtedy, gdy w wiosce stanie się coś złego. Gdy ktoś złamał nogę, gdy ktoś kogoś pobił, nawet, gdy ujrzał zabijaną przez myśliwego sarnę. Zawsze w takiej sytuacji słyszał w głowie cicho wypowiadane słowa oraz dziwne pomruki.
Po paru latach tłumienia w sobie mrocznych myśli, nie wytrzymał i znów zaczepił matkę. Ta myśląc, że może chłopak jest chory, zabrała go do wioskowej uzdrowicielki. Mówili na nią Baba, bo nie znano jej prawdziwego imienia. Oczywiście nikt nie ośmieliłby się przy niej odezwać w ten sposób. Mieszkańcy wioski uważali, że prócz umiejętności uzdrawiania, Baba potrafi rzucać także uroki, toteż bali się jej gniewu, mimo, że nigdy nie wyrządziła nikomu krzywdy. Wręcz przeciwnie, była przecież uzdrowicielką. Więc, gdy Baba przebywała wśród ludzi, zwracali się do niej per Pani, bądź per Uzdrowicielko. Baba była leciwą kobietą i jak na staruszkę przystało, znała się na ziołach jak mało kto. Jej chatka znajdowała się na uboczu, pod lasem. Obok domku przepływał mały strumyk, nad którym rosły lubiące wilgoć rośliny, a wokół chatki posadzono rzędy kwiatów, krzewów, ziół, a nawet i warzyw, które wykorzystywane były przez uzdrowicielkę do przygotowywania naparów i eliksirów uzdrawiających.
Chłopak wraz z matką przez pewien czas wpatrywali się w domek Baby, po czym cicho zastukali do drzwi wejściowych.
- Wejść! – usłyszeli ze środka.
Nessa ostrożnie nacisnęła klamkę i uchyliwszy wystarczająco drzwi, weszła do pokoju, a chłopak podreptał tuż za nią, tak, żeby nie było go widać.
Baba siedziała na fotelu bujanym, z czarnym kotem na kolanach. Wyciągała ręce w stronę kominka, w którym żarzyło się drewno, rozprowadzając przyjemne ciepło po pomieszczeniu. W pokoju znajdowały się liczne regały z półeczkami, oznaczone przeróżnymi symbolami i karteczkami. Wszędzie roznosił się intensywny zapach ziół, pomieszany z aromatami wydobywającymi się z kociołka nad paleniskiem. Baba przeniosła wzrok na kobietę.
- Ach, witaj moje dziecko! – powiedziała, zrzucając kota z kolan. – Cóż cię do mnie sprowadza?
Nessa, nie bardzo wiedząc, jak zachować się w obecności uzdrowicielki, a tym bardziej, jak opowiedzieć o dręczącym ją problemie, przez chwilę wykręcała sobie palce za plecami, aż wreszcie powiedziała:
- Potrzebujemy twojej pomocy, proszę pani.
- My? – zapytała Baba, podnosząc brwi z zaciekawienia.
Kobieta zaczęła wiercić się niespokojnie, nie mogąc ustać w miejscu.
- My… znaczy się Aldon, mój syn, potrzebuje… - wystękała po chwili.
Staruszka przestała kiwać się w fotelu. Jej wzrok spoczął na Aldonie, chowającym się za rąbkiem sukni matki. Przyglądała mu się z przymrużonymi oczami, jak gdyby go badała, sondowała. Czuł, że świdruje go swoim wzrokiem, przeszywa na wylot. Gestem przywołała chłopaka do siebie. Posłuszny, przyczłapał do niej, czując narastający w nim strach. Baba wyciągnęła ręce, dotknęła jego głowy i poczęła wodzić palcami po jego twarzy z zamkniętymi oczami, mrucząc coś do siebie pod nosem. W pewnym momencie podniosła powieki i w skupieniu wpatrywała się głęboko w oczy chłopaka. Wydawało mu się, że jest w stanie dojrzeć jego duszę. Trwała tak w zadumie, krzywiąc się coraz bardziej. Gdy chłopiec zaczął powoli zatracać się w sobie, myśląc, że ta chwila trwała całą wieczność, staruszka rozpromieniła się nagle, a grymas na jej twarzy zastąpił uśmiech.
- Idź pobawić się na zewnątrz, – powiedziała do niego – a ja porozmawiam z twoją matką.
Ucieszony, że nie musi już znosić wzroku tej starej kobiety, wybiegł przez drzwi, nie zważając na niespokojną twarz swojej matki. Gdy stał już na schodkach wejściowych, zaczął się zastanawiać, co by tu zbroić.
Początkowo nie słyszał rozmowy toczącej się wewnątrz chatki. Zwrócił na nią uwagę dopiero wtedy, gdy jego matka podniosła głos. Chłopak zastanawiał się, co zrobić. Nie chciał wejść do środka i znowu znaleźć się w obecności uzdrowicielki. Wyłapał tylko kilka słów wypowiedzianych przez matkę, która nie mogła w coś uwierzyć, na coś nie chciała się za nic w świecie zgodzić.
Aldon stał tak w milczeniu, gdy nagle dotarło do niego, dlaczego nie może usłyszeć całej rozmowy. To głos w jego głowie zagłuszał otoczenie. Stał się jak nieznośne brzęczenie, którego nie mógł się pozbyć. Był głośny jak nigdy, choć dalej niezrozumiały, przerywany tymi dziwnymi pomrukami. Potrząsnął głową w nadziei, że go odpędzi. Nie pomogło. Osunął się na kolana, zakrywając dłońmi swoje uszy, gdy nagle… Wszystko ucichło… a w głowie usłyszał tylko cichy szept:
„Podejdź do drzwi…”.
Nie ośmielając się poruszyć, dalej klęczał na kolanach z szeroko otwartymi oczami. Nigdy głos nie odezwał się do niego w zrozumiały sposób.
„Podejdź do drzwi…”.
Usłuchał. Wiedziony strachem, podniósł się powoli i chwiejnym krokiem ruszył w stronę chatki. Nogi drżały mu niemiłosiernie. Myślał, że zaraz się przewróci. W głowie miał pustkę, a przerażenie sparaliżowało go całkowicie. Nadludzkim wysiłkiem pokonał trzy stopnie schodów i stanął przed drzwiami. Był tak oszołomiony, że nie słyszał już nawet rozmowy obu kobiet, mimo, że dzieliła go od nich ścianka grubości deski.
W jego dłoni zmaterializował się nóż. Aldon zamarł.
„Zabij…”, powiedział głos.
Wstrząśnięty spojrzał na broń w swojej ręce. Nie był nawet w stanie zastanowić się, skąd się tu wzięła.
Przeszywający dźwięk pojawił się w jego głowie, aż ścięło go z nóg. Upadł na kolana, jedną rękę przykładając do ucha, drugą dalej zaciskając nóż.
„Zabij! ”, rozkazał głos.
Bał się nawet rozpłakać. Klęcząc, sięgnął dłonią do klamki i nacisnął ją. Drzwi same otworzyły się przed nim, ukazując pełne zdumienia twarze matki i uzdrowicielki. Wyglądały, jakby zobaczyły samego diabła wcielonego. Nie poruszyły się nawet wtedy, gdy chłopak wstał i wiedziony już nie strachem, a instynktem, wszedł do domku. Wtem… wszystko poczerniało. Ciało chłopaka nie wytrzymało ogromnego napięcia i osunęło się bezwiednie na podłogę. Zdążył usłyszeć tylko złowieszczy syk w głowie oraz niewyraźne słowa Baby, po których jego matka opadła na ziemię i gorzko zapłakała.
*****
Obudził się z głębokiego snu. Otworzył powoli oczy, nie próbując się poruszyć. Jak przez mgłę zobaczył swoją matkę krzątającą się po kuchni.
- Mamo… - wychrypiał.
Nessa dopiero teraz zauważyła, że Aldon się przebudził. Chwyciła drżącą ręką szklankę wody z pobliskiego stolika, przypadła do łóżka i przystawiła naczynie do ust syna. Podnosząc głowę, chłopak wypił połowę i z powrotem opadł na poduszkę.
- Mamo… - powtórzył.
- Ciii, mój maleńki… cicho… - uspokajała go matka ze łzami w oczach. – Nic już nie mów. Śpij sobie, śpij…
I znów zatracił się w swoich koszmarach.
*****
Parę dni później Aldon przebudził się i jak gdyby nigdy nic, wstał uśmiechnięty z łóżka i przywitał się z matką, przytulając się do niej, jak czynił każdego poranka. Nie pamiętał niczego, co się wydarzyło w chatce Baby. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że głos już do niego nie mówi. Nessa ze łzami szczęścia patrzyła na swoje dziecko, jak na powrót bawiło się i psociło z innymi dzieciakami. Całe szczęście, że wszystko wróciło do normy.
Jakiś czas później, w Hardinghamie ogłoszono, że Królestwem rządzi nowy król, Elezar. Starszyzna powiadała, że jest to najbardziej niegodziwy człowiek, jaki stąpa po ziemi Sanktuarium. Swe zło szerzy na każdym krańcu świata, a teraz nadszedł czas dla Izaarii. Wojska poprzedniego władcy zostały starte z powierzchni ziemi, a on sam brutalnie zamordowany. Sam Elezar obdarł go ze skóry na oczach wszystkich ocalałych poddanych.
Nie była to dobra nowina. Mieszkańcy mieli nadzieję, że tyran nawet nie spojrzy na umieszczoną na krańcu mapy królestwa ich wioskę. Modlili się do bogów, aby zostali oszczędzeni.
Jednak nowy król miał inne plany. Nie podbijał świata bez powodu. Grabił, mordował, gwałcił, torturował, niszczył, plądrował. Wszystko to miało swój cel. Szukał. Szukał podobnych sobie. I żaden, nawet najmniejszy zakątek, nie mógł się przed nim uchronić. Hardingham także.
Gdy do wioski doszły słuchy, iż król, Elezar we własnej osobie, zmierza do Hardingham, mieszkańcy nie wiedzieli, co ze sobą począć. Nie było dokąd uciekać. Wszystkie okoliczne ziemie zostały zagrabione. Jeśli któreś miasto stawiało najmniejszy opór, palono je doszczętnie, mordowano wszystkich ludzi, a nieliczne kobiety brano do niewoli. W najlepszym wypadku, trafiały do służby pałacowej. W najgorszym zaś, stawały się przedmiotami w rękach żołnierzy. A to zdarzało się znacznie częściej. Przerażeni do szpiku kości, oczekiwali na sądny dzień pojawienia się oprawcy.
Elezar wkroczył do miasta na czele dziesięciu tysięcy żołnierzy. Była to tylko mała cząstka armii, która stacjonowała na ziemiach Izaarii. Nie było potrzeby obnoszenia się z większą ilością. Po pierwsze, nie byłoby ich gdzie upchnąć, zajmując kolejne wioski. Po drugie, sama sława elitarnych oddziałów króla niszczyła zawczasu wszelki opór w małych miejscowościach.
Wszyscy mieszkańcy zostali skotłowani w jednym miejscu; na małym ryneczku w środku Hardinghamu, gdzie zwykle odbywały się wszelkie zgromadzenia, festyny i wesela. Dzisiaj to miejsce miało stać się świadkiem okrutnej rzezi.
Elezar przechadzał się wśród wieśniaków z nieprzeniknioną miną. Jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Twarze ludzi wokół niego – wręcz przeciwnie. Strach, cierpienie, trwoga, niepewność. Nikt nie ośmielił się spojrzeć na króla, nie mówiąc już o patrzeniu mu prosto w oczu, byle tylko nie zwrócić na siebie uwagi. Jedyny Aldon nie mógł oderwać od niego wzroku. I nie mógł się nadziwić, iż ktoś taki może być tak strasznie okrutny. Nie chciał w to uwierzyć.
Elezar był stosunkowo młodym człowiekiem, niedaleko mu było do czterdziestki, o łagodnych rysach twarzy. Z pewnością uchodził za przystojnego wśród żeńskiej części społeczeństwa. Dobrze zbudowany, mocno umięśniony, ciemnej karnacji, z dokładnie ogoloną głową i twarzą. Spośród innych ludzi wyróżniały go liczne tatuaże, które teraz widoczne były tylko na jego twarzy i dłoniach, gdyż resztę ciała zakrywała ciężka zbroja płytowa.
Aldon dojrzał w końcu to, co świadczyło, jak nieludzką osobą jest ten mężczyzna. Jego oczy. Całkowicie czarne, jak najciemniejsza noc, kompletnie pozbawione źrenic. Przez chwilę wydawało mu się, że jakaś jaśniejsza, wyróżniająca się na tak czarnym tle smuga przemknęła po jego oczach.
Elezar wyczuł, że ktoś mu się przygląda. Spokojnie ruszył przez grupkę mieszkańców, uważając, aby któreś z nich nie zostało zbyt mocno odepchnięte. Zebranych zdziwiła ta łagodność. Może nie jest taki zły, pomyśleli. Król doszedł na kraniec placu. Jego wzrok lustrował każdego, gdy nagle zatrzymał się na Aldonie. Przystanął przy nim, chwilę się mu przyglądał, aż w końcu się uśmiechnął. Westchnął i powiedział coś cicho do siebie w ojczystym języku, po czym obrócił się i ruszył w stronę swojego wierzchowca.
– Zabierzcie chłopaka – rozkazał, gdy wsiadł na konia.
Obrócił się w stronę chłopca i popatrzył mu głęboko w oczy, po czym dodał beznamiętnie:
– A resztę zabić.
cdn
And the Heavens shall tremble...
And I will tremble the Hell!